Wiosna
KOSMICZAK  
  Strona Kosmiczaka
  Album
  Jarzebowo Na Fotografiach
  Miedzyzdroje
  Szczecinskia Piesza Pielgrzymka na Jasna Góre
  Luis Miguel
  Bollywood
  Najpiekniejsze wiersze-obrazki
  I Love You :)
  Zaduma nad Zyciem
  Fotografia
  Smiechu Warte i inne ciekawostki
  GIFY I OBRAZECZKI !!!!
  Kosmici i Kosmos
  => Nibiru
  => Merkury
  => Wenus
  => Ziemia
  => Mars
  => Jowisz
  => Saturn
  => Uran
  => Pluton
  => Neptun
  => Komety
  => Meteoroidy, meteory, meteoryty
  => Parametry fizyczne i budowa Słońca
  => Galaktyki
  => Kosmologia
  => Gwiazdozbiory całego roku
  => Kosmos na codzien
  Nauka i nie tylko...
  Pory Roku
  Dla Mamy
  Łohnawicze
  Szczegolna
  Swieta
  Tapety Religijne
  Pocztowki z dawnych lat
  Kontakt
  Licznik
  KSIEGA GOSCI
  FORUM - Zjawiska Paranormalne
  Misz-Masz
  Gry
  Moj Pamietnik
  Obrazki graficzne

GifsZone.com Tons of Gifs!
ipla.pl
Kosmos na codzien

Teleskop zarejestrował zderzenie dwóch planet

Niezwykle rzadki kataklizm kosmiczny - potężne zderzenie dwóch planet - zarejestrował amerykański teleskop kosmiczny Spitzera.

Według naukowców, katastrofa wydarzyła się kilka tysięcy lat temu, czyli - według kosmicznej miary - całkiem niedawno, pozostawiając po sobie chmury gazu, w który zamieniały się, wyparowując, kamienie i kawałki zastygłej już lawy.

Zdaniem astrofizyków, było to potworne zderzenie, które musiało nastąpić przy niewiarygodnie wielkiej prędkości. Naukowcy uważają, że przed zderzeniem planety pędziły z prędkością około 10 kilometrów na sekundę.

Komputerowe modelowanie wykazało, że mniejsze z dwóch ciał niebieskich, które wpadły na siebie, było prawdopodobnie wielkości naszego Księżyca i całkowicie rozpadło się. Natomiast drugie, przypominające rozmiarami Merkurego, ocalało, chociaż zostało mocno zniszczone.

Odkryty przez teleskop kataklizm nastąpił w strefie gwiazdy, zapisanej w katalogach pod znakiem hd 172555 i znajdującej się w odległości około 100 lat świetlnych od Układu Słonecznego. Rok świetlny - to odległość, jaką pokonuje w ciągu roku światło, pędzące z prędkością 300 tysięcy kilometrów na sekundę. System hd 172555 znajduje się w stosunkowo wczesnej fazie kształtowania planet i przy swoim wieku około 12 milionów lat wydaje się bardzo młody w porównaniu z Układem Słonecznym, który liczy sobie już ok. 4,5 miliarda lat.

Astrofizycy uważają, że w początkowych etapach kształtowania się naszego systemu planetarnego zderzenia takie miały miejsce dość często.

Naukowcy odkryli niezwykłą planetę

Planety krążą wokół swoich gwiazd dokładnie w tym samym kierunku, w którym obracają się same gwiazdy. Wszystkie. Poza jedną.

Nowo odkryta planeta - o której pisze serwis space.com - krąży wokół swojej gwiazdy przeciwnie do kierunku rotacji gwiazdy. Jej odkrywcy z projektu WASP (Wide Area Search for Planets) twierdzą, że może być to wynikiem niedawnej kolizji z większą planetą.

- To jedna z najdziwniejszych planet, które znamy - mówi Sara Seager, astrofizyk z MIT.

Niezwykła planeta WASP-17 i jej gwiazda znajdują się w odległości około tysiąca lat świetlnych od Ziemi.

Naukowcy szacują masę WASP-17 na połowę masy Jowisza. Jednocześnie jednak planeta jest ponad dwukrotnie większa. - Jej gęstość jest 70-krotnie mniejsza od gęstości Ziemi - tłumaczy profesor Coel Hellier z Keele University.

Kosmiczne kolizje nie należą do rzadkości. Naukowcy przypuszczają na przykład, że nasz Księżyc powstał właśnie w wyniku jednej z nich - gdy Ziemia zderzyła się z obiektem

wielkości Marsa.


Powierzchnia księżyca Saturna przypomina ziemską

Naukowcy amerykańscy doszli do wniosku, że powierzchnia Tytana - największego księżyca planety-giganta Saturna - przypomina powierzchnię Ziemi. Astronomowie badali radiolokacyjne obrazy powierzchni Tytana przesłane przez kosmiczny aparat "Cassino". Krąży on wokół Saturna, kilka razy przeleciał obok Tytana.

- Tytan jest podobny do Ziemi znacznie bardziej, niż jakiekolwiek inne ciało niebieskie w systemie słonecznym, mimo ogromnych różnic w temperaturze i innych parametrach otaczającego środowiska - oświadczyła specjalistka w dziedzinie geologii planet Rozalie Lope ze słynnego Laboratorium Napędów Odrzutowych w Pasadenie (stan Kalifornia), skąd steruje się amerykańskimi aparatami, badającymi inne planety.

Umieszczone na "Cassino" przyrządy mogą "widzieć" przez grubą warstwę chmur księżyca Saturna. Umożliwiły naukowcom na Ziemi stwierdzenie, że na Tytanie istnieją i czynne są kriowulkany, istnieją jeziora, rzeki, wydmy i łańcuchy górskie. Kriowulkany wyrzucają na otaczające je równiny nie rozżarzoną magmę, lecz amoniak. Aparatura "Cassini" zdołała nawet zarejestrować jak z powierzchni Tytana uwalnia się amoniakowy szron.

Rzeki i jeziora największego naturalnego satelity Tytana wypełnione są nie wodą, lecz ciekłym metanem i etanem. Metan może istnieć na tym kosmicznym obiekcie w stanie gazowym, płynnym i stałym, opadając niekiedy w postaci deszczu i dając początek rzekom, które stopniowo żłobią swoje koryta. Mając na uwadze fakt, że średnia temperatura na Tytanie wynosi minus 180 stopni C, woda może tam istnieć tylko w postaci lodu, który pod względem twardości nie ustępuje kamieniom. Przypuszcza się, że z jego kryształów tworzą się odkryte tam wydmy. Nie wyklucza się też, że także góry utworzone zostały przez ogromne bryły lodu.

O swych odkryciach naukowcy amerykańscy poinformują w Rio de Janeiro na odbywającym się tam teraz dorocznym kongresie Międzynarodowej Unii Astronomicznej.


Te plamy nas wykończą

Świat martwi się globalnym ociepleniem, nie zwracając uwagi na inne zagrożenie, które może pojawić się nagle ze strony Słońca. Gdyby potwierdził się nakreślony przez niektórych naukowców scenariusz, czeka nas prawdziwa apokalipsa.

Jest maj 2013 r. Stacje radiowe i telewizyjne nagle przerywają program i ogłaszają, że właśnie przed chwilą na Słońcu nastąpił potężny wybuch, którego skutki trudno przewidzieć. Po paru godzinach zaczyna brakować prądu. Stają pociągi, tramwaje, metro, unieruchomione zostają lotniska i dworce kolejowe. Brak sygnalizacji świetlnej powoduje gigantyczne korki na ulicach miast. Nie działają windy, stacje benzynowe, telefony, radio i telewizja, satelitarna nawigacja, staje cały przemysł. Brakuje wody, przestaje działać służba zdrowia, handel, banki, systemy komputerowe. Zaczyna się apokalipsa, której przedsmak mieli mieszkańcy Nowego Jorku i kilku innych miast w sierpniu 2003 r.

Tamten blackout trwał tylko parę godzin. Tym razem cywilizacyjna katastrofa może ogarnąć całe kraje i kontynenty, a nawet glob, i trwać wiele miesięcy, a może nawet lat. To nie scenariusz filmu grozy, lecz wnioski z raportu National Academy of Sciences (amerykańskiej akademii nauk) (link do pełnej wersji raportu - na naszej stronie internetowej), ostrzegającego przed kataklizmem, którego rozmiarów do tej pory nigdy nie zaznaliśmy.

Słońce śpi

Aktywność Słońca zmienia się co około 11 lat, a jedną z jej miar jest liczba plam słonecznych. W maksimum normalnego cyklu w ciągu miesiąca można ich dostrzec na tarczy około 120. Są to obszary ogromnej aktywności pól magnetycznych. Przyczyn ich fluktuacji ciągle nie znamy, wiemy natomiast, że istotnie wpływają na to, co dzieje się na Ziemi. Obecny cykl słoneczny (23, odkąd zaczęliśmy je liczyć w 1755 r.) miał swoje maksimum we wrześniu 2001 r. (150 plam), a NASA ogłosiła, że jego minimum skończy się w 2006 r. i wtedy zacznie się następny cykl, który będzie o 50 proc. gwałtowniejszy od obecnego. Jednak się nie skończył - liczba plam niespodziewanie nadal maleje - i nowy, 24 cykl ciągle się nie pojawia. Od 50 lat 2008 r. był rokiem najczystszego Słońca: w ciągu 266 dni nie zaobserwowano wtedy ani jednej plamy, a w pierwszym półroczu bieżącego roku pokazało się ich jeszcze mniej. Jak dotąd, w całym cyklu 23 (do 29 lipca 2009 r.) było już 671 dni bez plam. Średnio w okresach minimum cyklu słonecznego jest 485 takich dni.

Już zdawało się, że Słońce budzi się z drzemki (na początku lipca zaobserwowano 20 plam), ale pod koniec miesiąca tarcza Słońca znowu była czysta. Do tej pory, po osiągnięciu minimum cyklu, aktywność Słońca rosła zwykle bardzo szybko, zmierzając stromo ku maksimum. Tym razem jest inaczej - Słońce śpi. Cieszy to radiowców i ludzi korzystających z satelitów, gdyż mała aktywność słoneczna oznacza mało burz magnetycznych i mało zakłóceń w pracy ich urządzeń.

Panel uczonych, zorganizowany przez National Oceanic and Atmospheric Administration (NOAA) i NASA, ogłosił 29 maja, że maksimum 24 cyklu można spodziewać się w maju 2013 r. i będzie wtedy 90 plam (link na naszej stronie internetowej). Ma to być najsłabsze maksimum od 1928 r., kiedy to pokazało się tylko 78 plam. Ale tej opinii nie podzielili wszyscy paneliści - niektórzy uważają, że w maksimum będzie zaledwie 70 plam. Takie przepowiednie słabo się sprawdzają, ponieważ nastąpiła zmiana magnetyzmu Słońca, której przyczyn nie znamy. Dlatego obserwacje z poprzednich dziesięcioleci nie pasują do dzisiejszej sytuacji.

Astronomowie obawiają się, że obecna faza aktywności Słońca może być podobna do tego, co działo się w tzw. minimum Maundera, kiedy przez 70 lat (1645-1715) liczba plam nie przekraczała trzech, a temperatura na Ziemi była najniższa od 8 tys. lat. Europejskie rzeki zamarzały rokrocznie, przez Bałtyk jeździło się saniami, a alpejskie lodowce schodziły daleko w doliny, niszcząc pola i osady. W podobną, lecz krótszą drzemkę Słońce wpadło w minimum Daltona (1790-1820), gdy średnia temperatura była o 2-4 st. C niższa niż w XX w. Wtedy (w 1812 r.) Napoleon szedł na Moskwę. Na podstawie zmian aktywności Słońca niektórzy astronomowie przewidują, że Ziemia zacznie się ochładzać od 2015 r. i wkroczy w zimny okres w latach 2021-2026 lub 2050-2060, podobny jak podczas minimum Maundera. Natomiast długoterminowe oziębienie przewidywane jest na lata 2100-2200.

Znani klimatolodzy, Wallace Broecker z Columbia University i Reid Bryson z Wisconsin-Madison University, twierdzą, że za około 50 lub 500 lat może nadejść nowa epoka lodowa - taka, jaka skończyła się około 10 tys. lat temu, gdy znaczna część półkuli północnej naszego globu pokryta była lodem grubości 3 tys. m. Jak uczy geologia, nowe zlodowacenie nadejdzie nieuchronnie i będzie wielkim wyzwaniem dla cywilizacji

Gorzej jest z krótkoterminowymi zmianami aktywności Słońca. Ich skutki tylko z pozoru są mniej groźne od epoki lodowej. Wskazówką tego, co może nas wkrótce spotkać, jest tzw. rozbłysk Carringtona z 1859 r. Wtedy minimum poprzedzające 10 cykl słoneczny miało 654 dni bez plam, a więc mniej niż w obecnym cyklu. 1 września 1859 r. brytyjski astronom Richard Carrington zaobserwował w nowej wielkiej grupie plam (10 razy większej od średnicy Ziemi) ogromny rozbłysk białego światła, trwający około 60 sek . Kilka minut później tsunami wysokoenergetycznych protonów słonecznych dotarło do Ziemi i zostawiło trwały ślad w rdzeniach lodowych (jako ogromny wzrost azotanów), najsilniejszy od 450 lat, kilkakrotnie większy niż po burzach w XX w. 17 godzin po rozbłysku miliardy ton plazmy wyrzuconej z korony słonecznej dotarły do Ziemi. Zaburzenia pola magnetycznego z tym związane trwały na naszej planecie od 2 do 7 września, a wywołane nimi zorze polarne widoczne były nawet na Bahamach, Kubie i w Indiach. Intensywność tych zakłóceń była wielokrotnie silniejsza od kilku innych, jakie pojawiły się w XX w. i spowodowały m.in. niemal natychmiastowe wyłączenie systemu energetycznego całego Quebecu oraz na dużych połaciach północnych stanów USA i w innych krajach.

Rozbłysk Carringtona 150 lat temu nie miał czego uszkadzać i wyłączać, bo nie było jeszcze sieci energetycznych, od których całkowicie jest uzależniona nasza cywilizacja. Skutki tamtego słonecznego impulsu magnetycznego były niewielkie. Najbardziej spektakularne dotknęły dopiero co powstały system telegraficzny. Iskry z aparatury raziły obsługę i wywoływały pożary urzędów telegraficznych. Nawet gdy odłączano baterie, w liniach płynął silny prąd, indukowany przez słoneczny impuls magnetyczny. Według raportu NAS z 2008 r., gdyby rozbłysk taki, jak zauważył Carrington, zdarzył się teraz, spowodowałby zniszczenia infrastruktury sięgające w samych tylko Stanach Zjednoczonych 2 bln dol., a ich odbudowa zajęłaby od 4 do 10 lat.

Wielka burza geomagnetyczna może pojawić się w maju 2013 r., w maksimum 24 cyklu - twierdzi dr Doug Biesecker, szef NOAA. Obecnie wiemy, co może się zdarzyć wskutek słonecznego rozbłysku, ponieważ ogromny impuls elektromagnetyczny towarzyszy wybuchowi broni jądrowej. Badania jego skutków, prowadzone od początku lat 70., wskazują, że współczesna elektronika i oparty na niej światowy system łączności nie są odporne na ten efekt. Być może to jest jeden z powodów, dla którego nikt nie pali się do wojny jądrowej, gdyż impuls elektromagnetyczny uniemożliwia dowodzenie oddziałami powyżej szczebla najniższego, co może sprawić, że wojna taka wymknie się spod kontroli.

Tygodnik "New Scientist" z 23 marca 2009 r. dokładnie opisuje, co może się zdarzyć za cztery lata. Najbardziej narażone na uszkodzenia są sieci energetyczne. Wniknięcie plazmy słonecznej w naszą magnetosferę spowoduje gwałtowne zaburzenia ziemskiego pola magnetycznego, a to z kolei wzbudzi prąd stały w liniach przesyłowych, działających jak ogromne anteny, oraz w samych elektrowniach i transformatorach. Wzrost prądu stałego wytworzy silne pola magnetyczne w rdzeniach transformatorów, prowadząc do ich przegrzania i stopienia. To właśnie stało się w kanadyjskim Quebecu 20 lat temu i 6 mln ludzi nie miało wtedy prądu przez 9 godzin.

Ale w 2013 r. może być znacznie gorzej. Według wspomnianego raportu NAS, nawet wielokrotnie mniejsza burza słoneczna - taka, jaka zdarzyła się 15 maja 1921 r., wzbudziłaby ogromne prądy gruntowe, które w ciągu 90 sekund zniszczyłyby w samych Stanach Zjednoczonych około 350 wielkich transformatorów, a także lokalne stacje, pozbawiając elektryczności ponad 130 mln osób. Natomiast burza tej wielkości, co w 1859 r., mogłaby zniszczyć całą sieć energetyczną krajów uprzemysłowionych. Stany Zjednoczone są na to bardziej narażone z powodu bliskości bieguna magnetycznego, ale europejskie sieci energetyczne, mocno ze sobą powiązane, są mniej odporne od amerykańskich. Wtedy zacznie się kaskada dalszych nieszczęść. Cała sytuacja może trwać miesiące, a nawet lata. Stopionych transformatorów nie da się naprawić, trzeba będzie je wymieniać na nowe. W Stanach Zjednoczonych jest obecnie zaledwie kilka zapasowych dużych transformatorów, a zbudowanie nowego (w fabrykach pozbawionych elektryczności?) zwykle trwa około 12 miesięcy.


Niestety, nie jest to science fiction, lecz wynik badań sponsorowanych przez NASA i opublikowanych w końcu 2008 r. przez NAS w specjalnym raporcie. Wynika z nich, że im bardziej prymitywna cywilizacja, jak ta w poprzednich wiekach, tym bardziej jest odporna na kaprysy Słońca. Rzecz jasna w ciągu najbliższych kilku lat można przygotować się na wypadek takiej katastrofy. Istnieje jednak niebezpieczeństwo, że rządy zignorują to ostrzeżenie, bo nic podobnego dotąd nie przydarzyło się przecież naszej młodej cywilizacji technicznej. Wyobraźnia zawodzi, gdy nie ma odpowiednich porównań. Ale zdaniem wielu naukowców, wielka burza słoneczna jest zagrożeniem bez porównania większym niż rzekomo katastroficzne ocieplenie klimatu, na którym skupia się obecnie uwaga polityków.

Do maja 2013 r. zostało niewiele czasu. Co prawda NASA może się mylić i cykl 24 może być łagodniejszy od tego z 1859 r., jednak liczenie na taką wspaniałomyślność Słońca jest mało odpowiedzialne. Istnieje możliwość znacznego ograniczenia skutków takiej katastrofy dzięki wprowadzeniu środków zaradczych w skali całego świata. Jednym z nich są wielkie kondensatory chroniące przyelektrowniane transformatory, będące newralgicznymi elementami systemów energetycznych. Poza tym należałoby przystosować sieci przesyłu energii tak, by można je było szybko i bezpiecznie wyłączyć po ogłoszeniu alarmu słonecznego. Mielibyśmy na to najwyżej kilkanaście godzin między rozbłyskiem słonecznym a dotarciem do Ziemi fali plazmy.

Istnieje satelitarny system monitorowania aktywności słonecznej ciągle sprawny, choć przestarzały, który potrafi wykryć słoneczny wybuch. Jednak ten system, przeznaczony głównie do badań naukowych, sam jest mało odporny na burze słoneczne i wymaga ochrony. Znacznie lepiej sprawdzają się tanie satelity wyposażone w proste instrumenty. Obecne prognozy pogody kosmicznej (http://spaceweather.com) są równie mało pewne jak meteorologiczne sprzed 50 lat. Nie wiadomo, czy istniejący system zdąży zaalarmować odpowiednie służby i czy one potrafią z tego zrobić właściwy użytek.

Zbigniew Jaworowski




Kolejna przeszkoda przed misją na Marsa

Czyżby kolejna przeszkoda stanęła przed załogową misją na Marsa? Występujący w atmosferze Czerwonej Planety metan ulega rozkładowi szybciej niż na Ziemi. Niestety astronomowie nie rozumieją, dlaczego tak się dzieje.

Najnowsze odkrycie może postawić pod znakiem zapytania naszą dotychczasową wiedzę o procesach, które mogą prowadzić do powstania życia. Metan na Marsie odkryto w 2003 r. Szybko okazało się jednak, że nie jest on równomiernie rozłożony w atmosferze. To dziwne, ponieważ jeśli zachowywałby się tak, jak na Ziemi, wiatry wyrównałyby jego stężenie.

Jedyny sposób, w jaki można wyjaśnić tę anomalię, to założenie, że metan jest na bieżąco produkowany i rozkłada się w ciągu około 200 dni. To aż 600 razy szybciej niż na Ziemi. Nie wiadomo dlaczego tak miałoby to wyglądać. Wiadomo jedynie, że jeśli najprostsze cząsteczki organiczne są tak mało trwałe, szanse na powstanie z nich życia są niewielkie.

Najważniejsze zdjęcie w historii w 3D

Tak wyglądał wszechświat około 13 miliardów lat temu. Zobacz najważniejsze zdjęcie w historii - "Głębokie Pole Hubble'a" - w 3D.

Gigantyczna świecąca plama w atmosferze Wenus

Eksperci światowej astrofizyki próbują rozszyfrować zadziwiające zjawisko na planecie Wenus. W jej atmosferze utworzyła się ostatnio gigantyczna świecąca plama.

Brytyjskie media poinformowały, że plama została pierwszy raz dostrzeżona przez astronoma-amatora 19 lipca. Kilka dni później jej istnienie potwierdziła Europejska Agencja Kosmiczna.

Od tego czasu rozmiary plamy zwiększyły się. Wzrosła także jej jasność. Naukowcy nie są na razie w stanie powiedzieć, jaka jest natura tego zjawiska. Wielu specjalistów uważa, że chodzi o wielką erupcję wulkaniczną. Nigdy wcześniej jednak nie odnotowano jakiejkolwiek aktywności wulkanicznej na Wenus.

Siła erupcji wulkanicznej musiała być wyjątkowo potężna, by wyrzucić ma wysokość dziesiątków kilometrów strumienie rozpalonych cząsteczek i gazów, powodujących oświetlenie części, składającej się głównie z dwutlenku węgla, atmosfery Wenus.

Inni eksperci uważają, że chodzi o silny strumień światła słonecznego, który stał się przyczyną jasnej plamy w górnych warstwach atmosfery planety.

Na księżycu Jowisza może być życie

Mimo że od podboju kosmosu minęło czterdzieści lat - wciąż nie udało nam się znaleźć dowodów na istnienie życia na innych planetach. Gdzie jeszcze możemy go szukać? W Europie, a właściwie na Europie, ponieważ chodzi o satelitę Jowisza.

Astronomowie całkiem poważnie podejrzewają, że na skutym lodem księżycu gazowego giganta może być życie. Choć temperatura lodu na powierzchni Europy to aż minus 183 stopnie Celsjusza, to jak mówi astronom Jerzy Rafalski istotne jest to, co jest pod grubą warstwą lodu, czyli słona, dosyć ciepła woda. I są już przygotowywane misje, które to sprawdzą. Posłuchaj: Audio







Dodaj komentarz do tej strony:
Twoje imię:
Twój adres email:
Twoja strona:
Twoja wiadomość:

Bo największe szczęście w życiu-kochać i być kochanym  
   
Reklama  
   
kontakt przez E-mail  
  E-mail ashkpour@op.pl, ashkpour13@o2.pl, ashkpour@googlemail.com, ashkpour@hotmail.com Komunikatory : MSN ashkpour@hotmail.com GADU 2216407 SKYPE ashkpour

Moje życie jest warte 75918 złociszy!

 
Wiersze  
  Š 2007 Magda Buraczewska  
 
  free counters  
chat-chacik  
 
 
Odwiedzilo mnie 1083988 odwiedzającyDzieki
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=